sobota, 16 października 2010

wygrzebane. Gouda 2010

10.07.2010r.

Pierwsza kłótnia, pierwsze wióry i pierwsza wygrana bitwa. Nagroda okazała się nieporównywanie większa i cenniejsza niż mogłabym się spodziewać. Zero łez, zero nerwów i zero negatywnych emocji. Jakie to cudowne uczucie, gdy nie dość, że osiągnąłeś to co chciałeś, to w dodatku nie odczuwasz nic poza ulgą i radością. Po prostu buzia sama się śmieje.
A wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy poszłam na kurs asertywności. I tu ukłon w stronę Uczelni i mojej determinacji, że uczestniczyłam w nim. Poza wieloma cennymi wskazówkami i radami, wyniosłam jedną, chyba najważniejszą naukę. Nie powinnam tłumić emocji. I jeszcze jedna rzecz. Mówić o swoich uczuciach w pierwszej osobie. Po kursie myślałam, że nigdy, a przynajmniej nie w tym stuleciu, te zajęcia mi się nie przydadzą. Nie mogłam bardziej się mylić. Jeszcze jakiś czas temu, przed kursem, siedziałabym teraz w jakimś kącie, najlepiej z fajką w ręce, użalała się nad sobą i zużywała i tak juz kończące się chusteczki. A dziś, teraz, siedzę na pięknym tarasie, na wygodnych fotelach, z widokiem na staw i kaczki. Mam czas, żeby przemyśleć pewne sprawy, wyciągnąć wnioski i więcej nie popełniać tych samych błędów.
Dużo czasu i wysiłku zajęło mi dojście do pewnego wniosku, który dziś, tu i teraz wydaje się być najprostszym z najprostszych. Tylko na moje nieszczęście zdaje się, że pewnych rzeczy nie da się już zmienić ani naprawić. Nie. Źle. Da się, ale najpierw trzeba mieć w sobie niespożyte zapasy samozaparcia i zdeterminowania, żeby tego dokonać. Jak do tej pory, mój Kielich Siły jest dopiero w połowie pełny. Ale nie w połowie pusty. Nauka z tego taka, że daję sobie na luz, przestaję uganiać się i tracić energię na rzeczy, na które nie mam wpływu. Skupiam się tylko na tych naprawdę ważnych i cennych sprawach, które pomogą mi idealnie ułożyć sobie życie. Bo już wiem co chcę osiągnąć, co chcę zbudować i jak, jakie państwa i miasta chcę zwiedzić i gdzie chcę spędzać wakacje. Wszystkie te rzeczy leżą tylko w mojej głowie. Wystarczy, że włożę trochę wysiłku i energii w to, żeby sięgnąć do odpowiedniej szufladki, wyciągnąć gotowy Przepis Na Sukces i trzymać się tego. Tak samo jak z przepisem na babkę cytrynową. Od kiedy korzystam z jednego tylko przepisu na to ciasto, zawsze wychodzi mi idealne. Ale skąd można wiedzieć który przepis to ten jedyny i najlepszy? W życiu nic nie ma za darmo. Najlepsza metoda? Metoda prób i błędów. Jasne że można pytać innych ludzi, który przepis spośród tysiąca wybrać, ale nie każdy lubi skórkę cytrynową i nie każdemu będą smakowały rodzynki. Po co na siłę zmuszać się do robienia i jedzenia babki cytrynowej, która zamiast soku z cytryny ma gorzką skórkę? Po co na siłę zmuszać się do czegoś, co wcale nie musi sprawiać nam przyjemności tylko dlatego, że tak jest łatwiej?

13.07.2010r.

Dzisiejszy dzień zatytułuję „Walka”. Staram się kontrolować swoje emocje, staram się wyładowywać złość i inne równie silne i negatywne emocje na kartonach i bułkach. Na chlebie, którego dziś wyrzuciłam około tysiąca. Bo jak do tej pory nie przyszło mi nic dobrego i pożytecznego z tego, że wyładowywałam złość na kimś innym. A nie na czymś innym. Jest mi trudno patrzeć jak coś, co mogłam mieć ja, ma ktoś inny. A jeżeli jeszcze dostanie to ktoś bliski, czuję się jeszcze gorzej. Bo to oznacza tylko, że niewystarczająco się starałam, włożyłam za mało wysiłku w to, żeby to zdobyć. Ale jest pewne stare i mądre powiedzenie, które mówi o tym, że człowiek uczy się całe życie. Na moje szczęście, nie straciłam jeszcze nic, bez czego nie mogłabym żyć. Zdarzały się porażki i upadki, ale jak do tej pory, spadałam tylko z tych niższych szczebli. Chcę się rozwijać. Czuję wewnętrzną potrzebę zdobywania wiedzy, a raczej umiejętności, które ułatwią mi życie za kilka, kilkanaście lat. Jak każda zmiana, ta też nie jest łatwa, ale mam świadomość, że później będzie mi coraz trudniej coś w sobie zmienić. Bo kiedyś chciałam zmieniać świat. Teraz chcę zmienić siebie. Nie. Nie zmienić. Ulepszyć. Moim największym sukcesem byłoby niepopełnianie tych samych błędów. A najlepiej byłoby uczyć się na błędach innych, ale powszechnie wiadomo, że najlepiej zapamiętujemy rzeczy i zdarzenia, które przytrafiły się nam samym. A jeszcze lepiej, gdy towarzyszą im silne emocje. Mam świadomość, że nie będę idealna, bo nie żyjemy w czasach utopii, ale chcę zbliżyć się do tej granicy Idealności.

Teraz, przez wakacje pracuję nad sobą, czytając książki, które pomogą mi zrozumieć siebie. Rok temu książka „Potęga podświadomości” tak zmieniła mój sposób patrzenia na świat i na siebie, że dalej chcę kontynuować mój rozwój w tę stronę. „Jak pogłębić inteligencję emocjonalną”. Tę książkę wybrałam na te wakacje.

Dwa lata temu, po wczorajszej sytuacji, byłabym wściekła na cały świat. Z nikim bym nie rozmawiała i o wszystko byłabym zła. Ale życie to nie bajka, nie głaszcze cię po jajkach.

Jest godzina 1.25. za 4 godziny musimy wstać, żeby na 7 zdążyć do pracy.

17.07.2010r.

Brak kontaktu ze światem. Czuję się jak za wielką wodą, odcięta od rzeczywistości. Żeby przetrwać, trzeba znaleźć sobie rozrywkę, ciekawe zajęcie, które pozwoli na chwilę zapomnieć o kłopotach i troskach dnia codziennego. Właśnie dlatego co roku robie sobie 6 tygodni wakacji, z dala od wszystkiego i od wszystkich. 6 tygodni spokoju, relaksu. Zegar zostaje zupełnie rozstrojony, codziennie wstaję o innej godzinie, idę spać o nieludzkich porach. Jem co chcę, albo raczej co mam. Teraz mam idealną pracę. poza tym, że mam zajęcie, to dodatkowo mam czas ekstra na „Analizę Życia”. Trafiło mi się to w idealnym momencie. Bo właśnie teraz potrzebuję dojść do pewnych wniosków. Przemyśleć, co jest dla mnie ważne i co powinnam poprawić, żeby wszystko sprawnie funkcjonowało.

Poznaję mnóstwo nowych i ciekawych osób, z którymi czuję się dobrze, żeby nie powiedzieć znakomicie. Mamy o czym rozmawiać. Jeszcze nie wiem, czy mamy podobne podejście do życia, ale mam jeszcze 4 tygodnie, żeby się o tym przekonać. Mam taką nadzieję. A podświadomość nigdy nie śpi. Cały czas czuwa.

1.08.2010r.

Huśtawka. Tak mogę zatytułować moje ostatnie trzy dni. Właściwie cztery. Trzy bez tego dnia, bo jest godzina 00.23. Pierwszy dzień – disaster. Osiągnęłam zupełne dno. Nie poradziłam sobie ze swoimi emocjami. Jednak człowiek potrzebuje snu. Czasu, w którym zregeneruje siły, odzyska wiarę w siebie i powróci do formy. Dzień drugi – Fresh Wind. Trzy godziny to wystarczająco dużo czasu, żeby poprzedni dzień wymazać z pamięci i przez następnych kilkadziesiąt godzin mieć zapas energii na nowe wyzwania. Fresh Wind. Dzień trzeci, a właściwie wieczór dnia trzeciego, należy zaliczyć do tych mniej udanych i przyjemnych tutaj. Początek dnia bardzo przyjemny. B.F. Będą jeszcze pierścionki z zegarkiem. Wieczór - zgodnie z uczuciami, ale i całkiem spontanicznie. Zobaczymy co się z tego urodzi.

Godne uwagi jest to, że łatwiej jest pisać i mówić o swoich gorszych chwilach. Te lepsze i cieplejsze staramy się zachować tylko dla siebie. Wtedy należą one tylko do nas. Tylko i wyłącznie do nas.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Analizowanie życia jest jak tłumaczenie dowcipu. Pozdrawiam.