Po długiej przerwie.
Jak mogę podsumować kończący się właśnie rok akademicki?
Rezygnacja z jednego oznacza początek czegoś nowego. Tak właśnie było. Nowe środowisko, nowe otoczenie, nowi ludzi, wszystko wskazywało na to, że będzie się działo. Będą duże zmiany. I były. To jak zmiana czasu, nagle trzeba przestawić się na zupełnie inny tok, zacząć pracować w innym systemie. Ale było w porządku, nowe wyzwania, nowe znajomości... Poszłam na kolejną z cyklu imprezę, zapowiadało się całkiem nieźle. I bum! Poznałam Go. Zaczął się dla mnie inny świat. Przepełniony słodkim smakiem czegoś nowego, czegoś innego, jedynego w swoim rodzaju. Z początku nic sobie nie obiecywałam, ale nawet nie wiem kiedy, ten stan zaczął się przeradzać w coś głębszego. Nagle okazało się, że trudno mi sobie wyobrazić kilka dni bez Niego. Nagle nie wystarczało mi te kilka godzin spędzonych razem. Po kilku miesiącach wiedziałam, że warto było czekać. Nagle zaczęły się spełniać moje najskrytsze marzenia. I pamiętam naszą rozmowę w drodze na rynek po której uświadomiłam sobie, że to może być TO! Że być może chwyciłam Pana Boga za nogi, że wszystko układa się tak jak powinno, tak jak zawsze tego chciałam. Kupowanie sztućców okazało się czym o wiele ważniejszym niż sądziłam. Słowo "my" nagle zmieniło swoje znaczenie. "Co byś zjadł na śniadanie" oznaczało o wiele więcej niż przygotowanie listy zakupów. Wciąż czasem patrzę na Niego i myślę: "Nie mogę w to uwierzyć!", a gdy zapyta mnie o czym myślałam, mówię "o niczym". Za niedługo kolejny przełom, kolejne wyzwania. Ale będzie dobrze, musi być, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.
A jednak marzenia się spełniają...
The future starts today, not tomorrow...
piątek, 14 czerwca 2013
czwartek, 2 sierpnia 2012
3 metry nad niebem
tracić nadzieję to jak tracić grunt pod nogami. z każdym dniem jeden kamyczek spada w dół. krawędź na której stoję staje się coraz węższa...
Albo skoczę w dół i być może stracę wszystko. Albo być może, tylko być może wyląduję na czterech łapach.
Odwagi! Tego sobie życzę.
Albo skoczę w dół i być może stracę wszystko. Albo być może, tylko być może wyląduję na czterech łapach.
Odwagi! Tego sobie życzę.
wtorek, 19 czerwca 2012
Po filmie
Powiadają, że czuje się motylki w brzuchu. Podobno na niczym nie można się skupić. Mówią, że człowiek unosi się wtedy nad ziemią. Nie mogę nic z tych rzeczy potwierdzić. Niestety.
Wyleczyłam się z tak zwanej miłości od pierwszego spojrzenia. Chyba nigdy w to tak naprawdę nie wierzyłam.
Odkryłam coś. Przyjemniej się spędza czas z drugą osobą, gdy ta osoba ma pasję. Coś, co kocha robić, coś co sprawia jej niewymierną przyjemność, co mogłaby robić cały dzień, a wieczorem usiąść i powiedzieć: "chcę jeszcze!". To jest piękne! To było wspaniałe uczucie słuchać o czymś, co sprawia drugiej osobie przyjemność i radość.
Nic nie stracę, gdy zaryzykuję. Tak mi powiedziały. Używały konkretnych argumentów, byłam skłonna im uwierzyć, ale. Ale chyba mój charakter mi na to nie pozwoli. Nie pozwoli mi tak po prostu się odsłonić, pokazać wszystko, wszystkie moje uczucia, emocje... Ryzyko odrzucenia jest potworne! Nawet gdybym wiedziała, że pozostał mi jeden dzień życia, nie wiem czy bym się zdecydowała wyznać mu wszystko. To siedzi gdzieś głęboko we mnie. Tak głęboko, że sama nie jestem w stanie nawet do tego sięgnąć i wyciągnąć na wierzch.
Postanowienie? Odnaleźć pasję!
Trzeba szanować, trzeba lubić, trzeba kochać, bo inaczej się zapomina!
Wyleczyłam się z tak zwanej miłości od pierwszego spojrzenia. Chyba nigdy w to tak naprawdę nie wierzyłam.
Odkryłam coś. Przyjemniej się spędza czas z drugą osobą, gdy ta osoba ma pasję. Coś, co kocha robić, coś co sprawia jej niewymierną przyjemność, co mogłaby robić cały dzień, a wieczorem usiąść i powiedzieć: "chcę jeszcze!". To jest piękne! To było wspaniałe uczucie słuchać o czymś, co sprawia drugiej osobie przyjemność i radość.
Nic nie stracę, gdy zaryzykuję. Tak mi powiedziały. Używały konkretnych argumentów, byłam skłonna im uwierzyć, ale. Ale chyba mój charakter mi na to nie pozwoli. Nie pozwoli mi tak po prostu się odsłonić, pokazać wszystko, wszystkie moje uczucia, emocje... Ryzyko odrzucenia jest potworne! Nawet gdybym wiedziała, że pozostał mi jeden dzień życia, nie wiem czy bym się zdecydowała wyznać mu wszystko. To siedzi gdzieś głęboko we mnie. Tak głęboko, że sama nie jestem w stanie nawet do tego sięgnąć i wyciągnąć na wierzch.
Postanowienie? Odnaleźć pasję!
Trzeba szanować, trzeba lubić, trzeba kochać, bo inaczej się zapomina!
piątek, 27 kwietnia 2012
"I że Cię nie opuszczę"
I znów nadeszła ta chwila, kiedy potrzebuję pobyć sama, kiedy włączam sobie dramat, komedię romantyczną, która w pakiecie przewiduje paczkę chusteczek. Nastrój dopełnia muzyka. Tym razem Birdy.
Miniony tydzień był wyczerpujący. Pełen pracy, pełen skupienia, podejmowania decyzji oraz brania za nie odpowiedzialności. Ale nie narzekam na to. To jest dobra praca. Nie męczę się fizycznie.
Skończył się okres zajęć, które tak bardzo lubiłam. Które sprawiały, że zrzucałam z siebie odrobinę ciężaru. Te zajęcia pozwalały mi lepiej poznać siebie, ludzi, którzy mnie otaczają, ich myśli (przynajmniej te, które wyrażali słowami), ich nadzieje i marzenia. To były uskrzydlające momenty. Między żartami przewijały się ważne i bardzo ważne słowa, zdania...
Ludzie się zmieniają. Ich cele, pragnienia ulegają czasem rewolucji. Najgorszy moment przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że obecne ich priorytety już nie są tymi, którymi były kiedyś. I to oddala nas od siebie. Buduje barierę, której nie da się przeskoczyć. Trzeba zburzyć mur, a zrobić to można tylko wspólnymi siłami. Ale gdy dla drugiej strony już to nie jest ważne, nie będzie się starać. To powoduje uczucie pustki, odrzucenia. Nawet uśmiech na twarzy już jest inny. Niby ta sama osoba, niby tylko kilka miesięcy...
Lęk przed odrzuceniem jest tak ogromny jak namiętność, pasja, które mogą się rozbudzić, gdyby pokonać strach i wyznać swoje uczucia.
Gdzie jesteś, K.??
Miniony tydzień był wyczerpujący. Pełen pracy, pełen skupienia, podejmowania decyzji oraz brania za nie odpowiedzialności. Ale nie narzekam na to. To jest dobra praca. Nie męczę się fizycznie.
Skończył się okres zajęć, które tak bardzo lubiłam. Które sprawiały, że zrzucałam z siebie odrobinę ciężaru. Te zajęcia pozwalały mi lepiej poznać siebie, ludzi, którzy mnie otaczają, ich myśli (przynajmniej te, które wyrażali słowami), ich nadzieje i marzenia. To były uskrzydlające momenty. Między żartami przewijały się ważne i bardzo ważne słowa, zdania...
Ludzie się zmieniają. Ich cele, pragnienia ulegają czasem rewolucji. Najgorszy moment przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że obecne ich priorytety już nie są tymi, którymi były kiedyś. I to oddala nas od siebie. Buduje barierę, której nie da się przeskoczyć. Trzeba zburzyć mur, a zrobić to można tylko wspólnymi siłami. Ale gdy dla drugiej strony już to nie jest ważne, nie będzie się starać. To powoduje uczucie pustki, odrzucenia. Nawet uśmiech na twarzy już jest inny. Niby ta sama osoba, niby tylko kilka miesięcy...
Lęk przed odrzuceniem jest tak ogromny jak namiętność, pasja, które mogą się rozbudzić, gdyby pokonać strach i wyznać swoje uczucia.
Gdzie jesteś, K.??
wtorek, 7 lutego 2012
wtorek, 29 listopada 2011
3-2-1 spadasz!
to było jak gwałtowne zerwanie ochronnej otoczki. Rach-ciach i po ptokach! Jedno zdanie wystarczyło, bym poczuła się jak pisklę, które czuje się kompletnie bezbronne, bo przed chwilą zostało pozbawione swojej ochronnej skorupki. Mam wrażenie, że każdy najlżejszy nawet podmuch wiatru może zmieść mnie z powierzchni ziemi. Że każde słowo kierowane w moją stronę może sprawić mi ból. Nawet każda radość, która mnie jutro spotka, spotka się z potokiem łez. Czemu? Bo to jest bezbronność.
To jest ta granica, po której nagle spadam na samo dno. Ale spadam z wysoka, więc mocno się odbiję! To wiem. Ale moment spadania będzie jeszcze chwilę trwał. Chwilo nie trwaj!
Jeszcze nie wiem jak się buduje tę otoczkę, która będzie odbijać wszystko co złe, a przepuszczać dobre, radosne i przyjemne momenty. Uczenie się to proces permanentny. Oby to była następna lekcja, którą odrobię;)
To jest ta granica, po której nagle spadam na samo dno. Ale spadam z wysoka, więc mocno się odbiję! To wiem. Ale moment spadania będzie jeszcze chwilę trwał. Chwilo nie trwaj!
Jeszcze nie wiem jak się buduje tę otoczkę, która będzie odbijać wszystko co złe, a przepuszczać dobre, radosne i przyjemne momenty. Uczenie się to proces permanentny. Oby to była następna lekcja, którą odrobię;)
poniedziałek, 14 listopada 2011
awakening
Varius Manx - Przebudzenie
raz za razem, jeszcze raz, kolejny raz... słucham i słucham i tysiąc myśli na minutę. Potrzebuję samopiszącego pióra, które zapisze je wszystkie...
Żałowałam, że nie zostałam jeszcze 4 tygodnie w Holandii. Żałowałam, że nie zwiedziłam tylu pięknych miast i miejsce, że pewnie już nigdy ich nie zobaczę. Żałowałam, że zostawiłam Mikę. Żałowałam, że nie dostawałam już tych pięknych przelewów na konto. Żałowałam...
Ale dostałam coś w zamian. Wypracowałam sobie myśl, która sprawia, że aż do teraz nie miałam chwili zawahania czy załamania. Przeczytałam kilka książek, napisałam mnóstwo sentencji i złotych myśli, do których wracam, gdy tylko pojawi się jakieś "ale" na horyzoncie. Miałam kilka ważnych rozmów z K., które umocniły mnie w moich przemyśleniach.
Nie miałam chwili, w której usiadłabym na dworze, napełniłabym kieliszek i pożegnała "sen co się przyśnił". Nie miałam, bo nie potrzebowałam. Bo wcześniej zorientowałam się, że nie tego potrzebuję. Że wylewanie łez tak naprawdę nic nie zmieni, że nie pozwoli mi zapomnieć o tym co było. Zaczęłam inaczej myśleć. Zmieniłam hierarchię wartości. "Gnało serce, o krok przed rozumem". Teraz skupiam się na tym, żeby serce uwierzyło w to, co mam w głowie. Co chcę zrobić, co chcę osiągnąć. Nie skupiać się na dalekiej przyszłości, ale cieszyć się z tego co mam i dążyć do małych sukcesów, bo to one są cegłami, które zbudują moją "daleką przyszłość". Każdy uśmiech, każdy gest którego jestem przyczyną, cieszy mnie o wiele bardziej niż prezenty, słowa, niż cokolwiek.
"Nie obejrzę się, już wiem". A nawet gdyby, to już z innymi emocjami, uczuciami.
raz za razem, jeszcze raz, kolejny raz... słucham i słucham i tysiąc myśli na minutę. Potrzebuję samopiszącego pióra, które zapisze je wszystkie...
Żałowałam, że nie zostałam jeszcze 4 tygodnie w Holandii. Żałowałam, że nie zwiedziłam tylu pięknych miast i miejsce, że pewnie już nigdy ich nie zobaczę. Żałowałam, że zostawiłam Mikę. Żałowałam, że nie dostawałam już tych pięknych przelewów na konto. Żałowałam...
Ale dostałam coś w zamian. Wypracowałam sobie myśl, która sprawia, że aż do teraz nie miałam chwili zawahania czy załamania. Przeczytałam kilka książek, napisałam mnóstwo sentencji i złotych myśli, do których wracam, gdy tylko pojawi się jakieś "ale" na horyzoncie. Miałam kilka ważnych rozmów z K., które umocniły mnie w moich przemyśleniach.
Nie miałam chwili, w której usiadłabym na dworze, napełniłabym kieliszek i pożegnała "sen co się przyśnił". Nie miałam, bo nie potrzebowałam. Bo wcześniej zorientowałam się, że nie tego potrzebuję. Że wylewanie łez tak naprawdę nic nie zmieni, że nie pozwoli mi zapomnieć o tym co było. Zaczęłam inaczej myśleć. Zmieniłam hierarchię wartości. "Gnało serce, o krok przed rozumem". Teraz skupiam się na tym, żeby serce uwierzyło w to, co mam w głowie. Co chcę zrobić, co chcę osiągnąć. Nie skupiać się na dalekiej przyszłości, ale cieszyć się z tego co mam i dążyć do małych sukcesów, bo to one są cegłami, które zbudują moją "daleką przyszłość". Każdy uśmiech, każdy gest którego jestem przyczyną, cieszy mnie o wiele bardziej niż prezenty, słowa, niż cokolwiek.
"Nie obejrzę się, już wiem". A nawet gdyby, to już z innymi emocjami, uczuciami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)