Tak więc rok 2007 można zaliczyć do przeszłości. Tylko czy zapisać go na prawej stronie jako rok udany, czy na lewej jako rok stracony? Zobaczmy, co przyniósł mi ten rok:
- 3 pomyłki, w tym 2 Wielkie (pisane przez duże W). Jak to się dzieje, że dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę jaki zrobiliśmy błąd? Czy 10 sekund wcześniej nie może zapalić się nam ostrzegawcza lampka "uważaj, będziesz tego żałować!"?? Wina jak zwykle leży po obu stronach, ale gdybym wtedy nie poszła tam, gdzie poszłam, gdybym się jasno wyraziła, nie byłoby tych pomyłek. A więc jednak to moja wina.
- najlepsze wakacje. Bułgaria! 2 tygodnie nicnierobienia, wylegiwania się w słońcu, chodzenie na driny, udawanie głupków, zbieranie muszelek, gonienie za kauczukiem (nie, Czarek:P?), bar wodny, Malibu, kolejki za Odrę, spanie na balkonie, chodzenie spać dobrze po północy, wstawanie o 10, okropne jedzenie - trzeba to przeżyć! Naprawdę, to były najbardziej udane wakacje.
- Mistrzostwa Polski. Srebrny medal i wielka satysfakcja. Tego nie da sie zastąpić niczym innym. Gdy wieszają Ci na szyję medal, to czujesz, że świat należy do Ciebie. Że niemożliwe jest możliwe!
- odejście z Pechu. My huge mistake!! To była najgłupsza rzecz, jaką w tym roku popełniłam. Dlaczego? Bo brakuje mi tych morderczych treningów, tego potu, tego zmęczenia i wyczerpania. Ale potem jest ogromna satysfakcja, że ktoś Cię docenił. Że "Pech znowu zebrał wszystkie (lub prawie wszystkie) nagrody". Nikt nie zastąpi Katarzyny, Roksona, Maćka. Tych głupich pozycji baletowych, tego krzyku na sali, tego powtarzania po raz setny tego samego, tych piruetów, że już nogi bolą, tych brzuszków...nic... Gdy trenowałam, czułam się silniejsza, pewniejsza siebie, umiałam coś więcej, częściej się uśmiechałam. Teraz szukam sobie zajęcia, ale to już nie to...
- kilka tygodni jako kelnerka. Świetna fucha! Żadnych minusów, same plusy: można się pobawić, zjeść jakieś inne ciasto:P A jakby tego było mało, świetnie płacą. Po prostu bosko!
- czasem był taki spadek nastroju, co objawiało się nadmierną wrażliwością i podatnością na histerie. Przyczyna tego była jasna: stara miłość. Ale Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę na to, jaki dałam sobie tytuł bloga: "The future starts today, not tomorrow". I może właśnie to dało mi do myślenia. Doszłam do wniosku, że tego co było, nie ma sensu tak długo ciągnąć. Warto to zakończyć i zacząć ŻYĆ. Dlatego dziś, z tego miejsca pragnę Ci Łukaszu podziękować za to, że zmieniłeś mój stosunek do życia.
- półmetek. W pełni udany! Kurczaku you know:P Wybawiłam się za wszystkie czasy. Jedną z rzeczy, za które kocham liceum to właśnie to, że organizuje tak świetne imprezy. Szkoda tylko, że pójdę już tylko na jeden półmetek, a może i wcale nie pójdę.
To chyba tyle z tych ważniejszych wydarzeń z minionego roku. Inne epizody też były mniej lub bardziej ciekawe, ale one w sposób istotny nie zmieniły mojego życia. Były momenty, że czułam się naprawdę szczęśliwa, jednak nie trwały one wystarczająco długo, by nazwać je inaczej niż chwile. Mam nadzieję, że przyszły rok będzie lepszy.
Czego sobie życzę na nowy rok 2008? Żebym w każdym dniu dostrzegała piękno i cieszyła się z niego. Żebym nie szukała szczęścia na siłę, ale pozwoliła mu znaleźć siebie.
niedziela, 30 grudnia 2007
niedziela, 16 grudnia 2007
Być silnym
Ostatnio bardzo często słyszę "musisz być silna", "musisz to wytrzymać", "po burzy zawszy przychodzi słońce". Ale dla mnie ta burza trwa trochę dłużej niż powinna trwać. Dlaczego niektórzy tak łatwo przechodzą przez tę burzę i nie pozostawia to na nich głębszych śladów? Każde potknięcie jest dla nich tylko zachętą do działania i wzmacnia ich? Dlaczego to JA zawsze muszę być inna?? Czemu upadek mnie nie wzmacnia? Czemu nie powoduje u mnie zaparcia i determinacji do działania? Dlaczego nawet najdrobniejszy upadek powoduje u mnie rozklejenie się i niemoc? Nie spotkało mnie jeszcze nikt ani nic, co by powodowało, że znajdę siłę i chęć do przezwyciężania swoich słabości. A nie! Kiedyś był Ktoś, kto powodował u mnie pozytywne wibracje i to dodawało mi odwagi. Dzięki Niemu czułam, że mogę zmieniać świat. Miałam siłę i co najważniejsze, widziałam w tym sens. Teraz już Go nie ma obok mnie. Teraz nikt nie jest w stanie pomóc mi podnieść się i iść dalej. Wszyscy mówią "co się stało?", "uśmiechnij się!". Ale gdy tylko zaczynam mówić o moim problemie, natychmiast zmieniają temat. Dlaczego? Może nie widzą sensu w pomocy osobie potrzebującej. Może nie chce im się poświęcić paru chwil? Może myślą, że "i tak mi nie pomogą". Gdy tylko zaczyna mi się kręcić łza w oku, od razu mówią "nie płacz". Ale ja chcę płakać! I może jedynym sposobem na pomocy to płaśnie pozwolić mi się wypłakać? Może choć tyle mogą dla mnie zrobić. Teraz wiem, że gdybym kiedyś wypowiedziała kilka słów, moje życie być może potoczyłoby się inaczej. Ale wtedy myślałam, że to będzie oznaka słabości. Dziś już wiem, że to oznaka dojrzałości. Ale jest już ZA późno. Czy kiedykolwiek będę miała szansę to naprawić?
czwartek, 13 grudnia 2007
Życie - tylko czy aż?
Ktoś kiedyś powiedział, że rodzimy się po to, by dawać od siebie wszystko to, co mamy najcenniejsze innym ludziom. Kto inny, że i tak nic z nas po śmierci nie zostanie. Co wybrać? Czy zrezygnować z bycia dla innych i żyć dla siebie? Czy może całkowicie oddać się innym i żyć tak, aby im było łatwiej i aby to oni dostawali wszystko co najlepsze? Na czym polega więc życie? Przecież tak naprawdę po naszej śmierci zostaną tylko wspomnienia, które bardzo łatwo odchodzą w niepamięć. Więc może powinno się pomagać innym ludziom, żeby było im lżej? Ale kto nam pomoże? Czy w dzisiejszych czasach możemy na kogoś liczyć? Tylko my wiemy, co tak naprawdę chcemy robić i osiągnąć i nikt nam w tym nie pomoże, nawet gdyby chciał. Ale przecież łatwiej jest żyć wśród ludzi, przyjaciół. Ale czy oni naprawdę są w stanie nas zrozumieć? Czy oddadzą życie za to, abyśmy to MY byli szczęśliwi? Czy ktoś zrezygnuje ze swojego życia, aby żyć dla innych? Już nieraz się przekonałam, że nie. Na nikogo tak do końca nie można liczyć. Zawsze przychodzi taki moment, że ta osoba w końcu cię zawiedzie. I co wtedy? Żyć dalej. Przecież życie mamy tylko jedno. Wciąż popełniamy ten sam błąd i zawsze mamy nadzieję, że w końcu ta osoba dotrzyma wierności, nie opuści nas, gdy będziemy jej potrzebować. Co zrobić gdy ta osoba cały czas cię okłamuje? Może problem tkwi w tym, że za bardzo myślimy o tym, co się może wydarzyć. Wtedy najczęściej dochodzi do wielu przykrych sytuacji. Wtedy, gdy bardzo liczymy na coś, najczęściej to się od nas oddala. Wtedy, gdy mi nie zależało na czymś, wtedy to się spełniało. Gdy zaś cały czas myślę o tym, wtedy wychodzi zupełnie na odwrót. Dotyczy to każdej czynności; od zwykłej kolacji dla rodziny, przez zdawanie prawa jazdy, a kończąc na utraconej miłości. A mimo to, że wiem, gdzie leży błąd, dalej go popełniam, bo mam nadzieję, że w końcu wszystko ułoży się zgodnie z moimi oczekiwaniami. Do tej pory nic z tych rzeczy się nie spełniło. Dlaczego innym układa się wszystko? Bo oni nie myślą o tym, aby wyszło jak najlepiej, nie przykładają do tego tak dużej wagi, nie ten, to inny, "co ma być to będzie". I dlatego oni są szczęśliwi. Może w końcu nauczę się, że nie należy tak wszystkim się przejmować. Do tej pory nie wybaczyłam sobie, że kiedyś straciłam coś cennego dla mnie, może nawet najcenniejszego, co kiedykolwiek mi się przytrafiło. A wszystko przez co? Znów to samo. Za bardzo wszystko przeżywałam i przejmowałam się wszystkim. Może po prostu jestem za ambitna, by się poddać? Zawszę walczę do końca, choć bywają sytuacje, że mam dosyć. Gdy ktoś mówi mi, że się na niego wydzieram, to nie dlatego, że ich nie lubię. Po prostu chcę, aby wszystko wyszło jak najlepiej. I wracamy do punktu wyjścia. To jest koło, które kiedyś doprowadzi mnie do upadku.
Może więc na tym polega życie? Żeby walczyć i nie poddawać się? Być może sęk tkwi w tym, aby mimo upadku, powstać. I pozostać sobą.
Może więc na tym polega życie? Żeby walczyć i nie poddawać się? Być może sęk tkwi w tym, aby mimo upadku, powstać. I pozostać sobą.
środa, 7 listopada 2007
Podświadomość
Podświadomość jest innym stanem umysłu, niż świadomość. Zadaniem podświadomości jest kierowanie mechanizmami ciała za pomocą mózgu. Podświadomość jest też określana jako bank przechowujący wszystkie doświadczenia. Jako źródło wyobraźni i twórczości. Nie zna pojęć dobra i zła, słuszne i niesłuszne. Podświadomość nigdy nie zapomina tego, co kiedykolwiek się nam przytrafiło. Koduje nawet to, czego tylko w niewielkim stopniu jesteśmy świadomi. Może ona też nas niekiedy karać za czyny, jakich się dopuściliśmy, jeżeli będzie w nas pragnienie poniesienia tej kary. Jednym z jej zadań jest również chronienie nas przed ewentualnymi niebezpieczeństwami.
Ale czy naprawdę nas chroni? Ostatnio zauważyłam w swoim życiu bardzo niepokojące zjawisko: kiedy bardzo mi na czymś zależy, to się nie spełnia, często nawet staje sie wręcz odwrotnie. Parę dni temu pisaliśmy sprawdzian. Wydawało mi się, że poszedł mi bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie! Każdemu mówiłam, że dostanę piątkę, co najwyżej czwórę za jakieś tępe błędy. Po prostu była przekonana, że dostanę taką ocenę. Gdy pani rozdawała sprawdziany, jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam: dst. Po prostu szok! Nie mogłam w to uwierzyć. Jest jeszcze pewna historia, gdzie też byłam czegoś bardzo pewna i niestety wszystko poszło w przeciwnym kierunku. Ale to może innym razem opowiem. Zawsze obiecuję sobie, że nie będę niczego oczekiwać od życia. Nawet tej głupiej oceny! Ale gdy czuję, że naprawdę sprawdzian poszedł mi dobrze, wtedy znów wszystkim o tym mówię i krąg się zatacza. Nie wiem na czym to polega. Po prostu tak chyba jest i tyle. Ale dlaczego? Skąd to się bierze? Właśnie to się nie sprawdza, na czym nam najbardziej zależy. Zawsze... No może prawie zawsze, bo kiedyś bardzo chciałam mieć rolki i w końcu je dostałam, bardzo chciałam dostać się do LO2 i się dostałam, bardzo... Więc o co tutaj chodzi? Może jest pewna granica "chcienia ". Gdy ją przekroczymy, wtedy to się spełni nasze pragnienie. Ale gdy nie będziemy bardzo bardzo tego pragnąć, wtedy wszystko pójdzie nie tak...może to na tym polega? Dlatego jak zawsze obiecam sobie, że nie będę rozmawiała o tym, czego chcę i czego oczekuję, po prostu nie chcę się znów rozczarować, jak to miało miejsce już wiele razy w moim jakże burzliwym życiu...
Ale czy naprawdę nas chroni? Ostatnio zauważyłam w swoim życiu bardzo niepokojące zjawisko: kiedy bardzo mi na czymś zależy, to się nie spełnia, często nawet staje sie wręcz odwrotnie. Parę dni temu pisaliśmy sprawdzian. Wydawało mi się, że poszedł mi bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie! Każdemu mówiłam, że dostanę piątkę, co najwyżej czwórę za jakieś tępe błędy. Po prostu była przekonana, że dostanę taką ocenę. Gdy pani rozdawała sprawdziany, jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam: dst. Po prostu szok! Nie mogłam w to uwierzyć. Jest jeszcze pewna historia, gdzie też byłam czegoś bardzo pewna i niestety wszystko poszło w przeciwnym kierunku. Ale to może innym razem opowiem. Zawsze obiecuję sobie, że nie będę niczego oczekiwać od życia. Nawet tej głupiej oceny! Ale gdy czuję, że naprawdę sprawdzian poszedł mi dobrze, wtedy znów wszystkim o tym mówię i krąg się zatacza. Nie wiem na czym to polega. Po prostu tak chyba jest i tyle. Ale dlaczego? Skąd to się bierze? Właśnie to się nie sprawdza, na czym nam najbardziej zależy. Zawsze... No może prawie zawsze, bo kiedyś bardzo chciałam mieć rolki i w końcu je dostałam, bardzo chciałam dostać się do LO2 i się dostałam, bardzo... Więc o co tutaj chodzi? Może jest pewna granica "chcienia ". Gdy ją przekroczymy, wtedy to się spełni nasze pragnienie. Ale gdy nie będziemy bardzo bardzo tego pragnąć, wtedy wszystko pójdzie nie tak...może to na tym polega? Dlatego jak zawsze obiecam sobie, że nie będę rozmawiała o tym, czego chcę i czego oczekuję, po prostu nie chcę się znów rozczarować, jak to miało miejsce już wiele razy w moim jakże burzliwym życiu...
niedziela, 4 listopada 2007
Free time cd
No więc ta czym to stanęło? Aha, na powrocie do szarej rzeczywistości. No więc wróciłam. Ale tak tęskniłam do tych treningów, męczarni...do wszystkiego, co kojarzy się z ruchem. Ale od września znów miały sie rozpocząć treningi:P Już nie było mowy, żebym zrezygnowała. No więc chodziłam. Na choreografię, akrobaticzku i klasiczku. Po prostu kochałam ten wysiłek i gdy trenerka wrzeszczała "nie obijajcie się, tylko bierzcie sie do roboty!!". Tak było do lutego. Wtedy miały być moje pierwsze mistrzostwa Polski Show Dance w Siedlcach. Jechaliśmy w nocy, więc większość czasu przespałam. Gdy dojechaliśmy, już zaczynały się próby na scenie. Miejscem, gdzie miały się odbywać mistrzostwa, była wieeelka sala i trybuny. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Cały dzień przesiedziałyśmy na trybunach i kibicowałyśmy dzieciom i juniorom. Nasza konkurencja miała odbyć się następnego dnia. Do późnej nocy odbywały się zawody, do hotelu wróciłyśmy ok. 1 w nocy. Następnego dnia rano znów wróciłyśmy na salę, ale tym razem to my przygotowywałyśmy się, a dzieci i juniorzy mieli już wolne i mogli cieszyć się licznymi medalami, które zdobyli. Przed samym występem nie czułam tremy. Dziwne. Gdy tańczyłam, czułam się wolna jak ptak, jak ryba w wodzie...To było to! Gdy usłyszałyśmy, że dostałyśmy się do finału, popłakałam się ze szczęścia. Teraz to miałam tremę. Bałam się wyjść na scenę, bo bałam sie, że upadnę, zrobię coś źle, pomylę sie i będzie na mnie. Na moje nieszczęście koleżance, która była ze mną w parze upadło krzesło, na którym ja miałam za chwilę tańczyć! Szybko je podniosłam, ale byłam tak nie wiem, oszołomiona? że nie wiedziałam, co mam robić. Na szczęście jakoś dotrwałam do końca. Myślałam, że p. Kasia mnie owrzeszczy czy coś takiego, ale nic. Za drugim razem tańczyło mi sie o wiele gorzej, ale to pewnie dlatego, że teraz była o wiele większa odpowiedzialność. W końcu jesteśmy zespołem: jedna za wszystkie, wszystkie za jedną. Zdobyłyśmy 4 miejsce. bardzo sie cieszyłam, ale dziewczyny,które tańczyły o wiele dłużej były zawiedzione. Wróciłyśmy do domu bez medalu, ale od tej pory wiedziałam, że chcę tańczyć, chcę rywalizować, chcę się męczyć na sali, chcę jeździć, chcę...po prostu tańczyć. Tak minęły 2 lata. Gdy szłam do 2 klasy, już wiedziałam, że będę musiała zrezygnować. Na początku nawet się trochę cieszyłam, bo wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu. Ale po jakimś miesiącu tak się męczyłam w domu z tego nicnierobienia... Teraz żałuję, że dalej nie tańczę, naprawdę strasznie mi tego brakuje, ale cóż, teraz już nie wrócę. Jak tylko słyszę fajną piosenkę, to staję przed lustrem i tańczę, tak po prostu. Z tego nadmiaru energii to czasem nie wytrzymuję, muszę się choć trochę rozładować. Na wf nie ma szans, żebym się rozładowała, bo nic na nim nie robimy, praktycznie po 10-min. rozgrzewce zrobię to, co pani powiedziała i przez następne pół godziny po prostu siedzę na ławce. Od września miałam się zapisać na basen bądź siłownię, ale to nie byłoby to samo co taniec. Teraz oglądam "You can dance" i chce mi się płakać... Jeszcze gdy zobaczyłam, jak w którymś odcinku jako choreografowie występuje moi trenerzy, to tak mi się żal zrobiło...no cóż, takie jest życie. Trzeba z czegoś zrezygnować, aby czegoś innego nie zawalić... Życzę wszystkim, aby nie musieli nigdy wybierać pomiędzy pasją a obowiązkami...
sobota, 3 listopada 2007
Free time
Każdy ma taki czas, w którym nic nie musi robić. To jest właśnie free time, czyli po naszemu czas wolny. Większość z nas w tym czasie oddaje się swoim pasjom, zainteresowaniom...każdy na pewno takie ma. Ostatnimi czasy moją pasją był (jest) taniec. W zasadzie każdy rodzaj tańca, bo liczy się ruch i emocje, ale tym moim ulubionym jest taniec nowoczesny, czyli w składzie. Pierwszy raz na zajęcia poszłam z koleżankami w 2 klasie gim. Wiem, trochę późno, ale cóż. W zasadzie to poszłam tak sobie, bo koleżanki chciały, więc też poszłam. Co mi szkodziło. I tak nie miałam co robić. Pierwsze parę tygodni były straszne. Nauczenie się układu przerastało moje możliwości. Przynajmniej tak mi sie wtedy zdawało. A do tego jeszcze rozciąganie, akrobatyka, technika... Koszmar! Po pary miesiącach jedna z moich koleżanek odeszła, w sumie to nawet nie wiem czemu. No nieważne. Jakoś dotrwałam do końca roku. W międzyczasie były jakieś występy czy festyny... Jakie było moje zdziwienie, gdy pani Kasia (nasza trenerka) "awansowała" mnie do zespołu! Dla wyjaśnienia wcześniej byłam w tzw. szkółce przygotowawczej. Więc pojechałam na 2-tygodniowe warsztaty do Czech razem z zespołem. Po pierwszych paru dniach myślałam, że po prostu się spakuję i wrócę do domu. Po prostu nie dawałam rady. Ani z choreografia, ani z klasyką, ani z akrobatyką. Z niczym! Czułam się beznadziejna. Jeszcze kiedy usłyszałam, ile niektóre dziewczyny tańczą w zespole...7-10 lat... No nic. Postanowiłam wytrzymać do końca. najwyżej później zrezygnuję. Ale po tygodniu zaczęło mi się podobać. Nawet te poranne wstawanie o 8, rozruch, niedobre śniadanie, 4h zajęć, znów niedobry obiad, następne 5h choreografii, niedobra kolacja i czasem jeszcze siłówka. Po całym dniu człowiek był tak wykończony, że nic mu się już nie chciało. Nawet pod koniec warsztatów nauczyłam się układów, coraz lepiej mi wszystko wychodziło. Gdy wyjeżdżaliśmy, trochę żal mi się zrobiło, że to już koniec... cdn.
Love
Love, Liebe, passione, amor, amour, любовь...wszystkie te słowa znaczą jedno: miłość. To słowo tak rzadko ostatnimi czasy używane. Dlaczego? Może z nienawiści, wstydu, nieśmiałości...są tysiące powodów, dlaczego tego słowa nie używamy w codziennym życiu. 2 dni temu był Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zmarłych. Gdy byłam na cmentarzu, uświadomiłam sobie, ile dla mnie znaczyły te osoby, na których grobach postawiłam świeczkę. Te osoby odeszły mniej lub bardziej nagle. Szczególnie jedna osoba odeszła bardzo nagle. Nie była to starsza osoba, w wieku średnim, ale odznaczała się wyjątkową żywością, spontanicznością, poczuciem humoru i czym jeszcze można. Miała swój udział m.in. w dożynkach, festynach i różnych imprezach, ofiarowując na nie to, co miała najlepsze: ciasta. Tak, te ciasta będę wspominać do końca życia. Pamiętam, że jedno z jej nieocenionych ciast dostałam na Komunię. Był to tort. Ale jaki tort! Już nigdy więcej tak dobrego nie jadłam. I jeść na pewno już nie będę. Zmarła na skutek ataku duszności, na który cierpiała już od dłuższego czasu, chociaż nigdy nie chciała pójść do szpitala na dłuższą wizytę niż to było konieczne. Po prostu nie miała na to czasu. Zawsze było coś pilniejszego: następne zamówienie na ciasta, festyn, ktoś potrzebował rady, pocieszenia. Żałuję, że nie powiedziałam tej osobie, ile dla mnie znaczyła. Teraz jest już za późno. Mogę co najwyżej postawić świeczkę na Jej grobie i pomodlić sie za Jej duszę.
Do dzisiaj jeszcze żałuję i będę jeszcze długo żałować, że nie powiedziałam pewnej osobie, że była (jest) bardzo ważna w moim życiu i nauczyła mnie kochać. Tak po prostu. Może to była szczenięca miłość, ale ta pierwsza i wyjątkowa. Nigdy o niej nie zapomnę. Na szczęście ta osoba wyjechała z mojego miasta. Gdyby tutaj mieszkała, to codziennie przypominałyby mi się te cudowne chwile i wspomnienia. Walczę z tym, ale ten, kto przeżył pierwszą nieszczęśliwą miłość wie, że tego się nie da zapomnieć. Można co najwyżej pogodzić sie z okrutnym losem.
Chociaż z drugiej strony nie powinniśmy mówić "kocham" gdy tak nie jest, tylko po to, aby tej drugiej osobie sprawić przyjemność. To nie na tym przecież polega. Chociaż każdy chciałby usłyszeć to słowo od osoby, na której mu zależy...
Do dzisiaj jeszcze żałuję i będę jeszcze długo żałować, że nie powiedziałam pewnej osobie, że była (jest) bardzo ważna w moim życiu i nauczyła mnie kochać. Tak po prostu. Może to była szczenięca miłość, ale ta pierwsza i wyjątkowa. Nigdy o niej nie zapomnę. Na szczęście ta osoba wyjechała z mojego miasta. Gdyby tutaj mieszkała, to codziennie przypominałyby mi się te cudowne chwile i wspomnienia. Walczę z tym, ale ten, kto przeżył pierwszą nieszczęśliwą miłość wie, że tego się nie da zapomnieć. Można co najwyżej pogodzić sie z okrutnym losem.
Chociaż z drugiej strony nie powinniśmy mówić "kocham" gdy tak nie jest, tylko po to, aby tej drugiej osobie sprawić przyjemność. To nie na tym przecież polega. Chociaż każdy chciałby usłyszeć to słowo od osoby, na której mu zależy...
Wprowadzenie
Witam! Nazywam się Agnieszka, chociaż wszyscy mówią na mnie Szekla lub Szczakiel. Ostatnio pojawiło się nowe określenie - Szelka. Nie wiem dlaczego, może po prostu tak im sie podobało? Mam 17 lat, obecnie jestem w 2 klasie LO2 w Opolu. Podobno najlepsze. Być może. No dobra, ale nie o tym chciałam pisać. Kiedyś byłam przeciwniczką blogów itp, uważałam, że każdy ma prawo do prywatności i nie powinno się własnych myśli i odczuć przelewać na papier. Przynajmniej niektórych. Tak było do czasu, gdy sama potrzebowałam sie komuś wyżalić i takiej osoby, niestety, nie znalazłam w moim najbliższym otoczeniu. Niby mam tych ziomów, kumpli itd, ale brak mi tej jednej osoby, która zawsze byłaby, gdybym jej potrzebowała i gotowa by była słuchać moich żali i czasem mnie pocieszyć. Dlatego postanowiłam założyć tego bloga. Żebym zawsze, gdy będę miała taką potrzeb, po prostu włączyć komp i napisać to, co akurat czuję i co mi się nie podoba. No, to chyba tyle jak na początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)