niedziela, 25 stycznia 2009

najpiękniejsze wakacje

Wiem, że trochę nie w porę chcę spisać moje myśli, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że nie ma dnia, żebym nie myślała choć przez chwilę o moich wakacjach 2008. Zaczęłam sie zastanawiać, dlaczego o tym tak często myślę. Jedyny wniosek jest taki, że pamięta i wspomina się to, co miało dla nas znaczenie i co było (jest) dla nas ważne i wyjątkowe. Wiem, że wcześniej pewnie już pisałam o wakacjach, ale było to tylko wspomnienie, nic dłuższego. Teraz chcę tak od początku do końca opisać moje dwa letnie, piękne miesiące. Tak więc zacznijmy od początku. Już rok wcześniej chciałam wyjechać do pracy, żeby zarobić własne pieniądze i żeby móc później je trwonić na głupoty. Jednak, mój słomiany zapał uniemożliwił mi to przedsięwzięcie. Widocznie nie bardzo się starałam lub może miałam zbyt wysokie wymagania? Zresztą teraz myślę, że dobrze się stało, bo wtedy mój wiek nie pozwoliłby mi zarobić przynajmniej trochę. W tym roku właściwie też dużo nie zarobiłam, bo byłam za młoda, jednak tutaj nie chodzi o kasę. Tak więc w sumie to bardzo łatwo z siostrą znalazłyśmy biuro pośrednictwa pracy, które zagwarantowało nam pracę w Holandii. Nie było tak jak w innych biurach, że "może zadzwonimy dzień przed wyjazdem, ale to nie jest nic pewnego". Tutaj dali nam od razu odpowiedź, że nas zatrudnią. Tak więc pierwsza sprawa pokonana. Więcej trudności jako takich nie było. Do autokaru weszłyśmy jako ostatnie, tak więc cały autokar był już zajęty i pozostały nam pojedyncze miejsca. Gdy większość osób spała, ja przyglądałam się ich twarzom. Byli to ludzie w moim wieku, trochę starsi. Tyle ludzi chce wyjechać na dwa miesiące za granicę? Zostawić wszystko w Polsce i wyjechać? Trochę to było dla mnie dziwne, ale jednak ja zrobiłam to samo, wiec czemu się im dziwię? Dojechaliśmy w miarę szybko, tylko nasz autokar został zatrzymany na granicy i przeszukany przez psy. Trochę strachu było, ale w końcu odjechaliśmy. Na miejscu zaczęto nas rozdzielać do innych miast, tak gdzie mieliśmy mieszkać. Myślałam, ze wszyscy będziemy razem w jednym hotelu (?), domach. Gdy nasz grupa dojechała w końcu na miejsce, myślałam, że to jakiś żart naszych sympatycznych kierowców. Przed nami ukazały się baraki! Później siostra mi powiedziała, że gdy szliśmy do środka, to minęliśmy trzech czy czterech chłopaków, którzy powiedzieli "nie mogliście gorzej trafić". Nie słyszałam tego. Może i lepiej. Nasze "mieszkania" okazały sie klitkami 4x4 m, na 4 osoby. Wyjście było wprost na podwórek, do kuchni, która zresztą okazała sie wspólna na 40 osób, trzeba było iść przez dwór. Byłam kompletnie załamana. Gdzie my trafiliśmy? Podobno jakiś chłopak od razu po przyjeździe, wrócił do domu. Przestraszył się widocznie. Nie pamiętam dokładnie pierwszych dni, byłam w takim szoku, że trudno było mi panować nad sobą. Dużo czasu spędzałam w kuchni, gotując coś, myjąc, sprzątając. Musiałam czymś się zająć. Tam też poznałam naszych sąsiadów przed ścianę jak się okazało. Byli to bliźniacy, Adam i Maciek. Mieszkali drzwi za nami. Zaczęliśmy rozmawiać. Byli bardzo sympatyczni, rozmowni, weseli. Nie przejmowali się za bardzo warunkami. Po prostu byli. Od razu się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Od tej pory trzymaliśmy się już razem. Na szczęście pogoda dopisywała, więc często siadywaliśmy na dworze na fotelach, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. I tak nam mijał czas. Razem szliśmy do sklepów, które były jakieś 3km dalej. Razem kradliśmy Internet pod latarnią. Razem jeździliśmy busami do pracy. W końcu przyzwyczailiśmy sie do naszych warunków. Bo przestało być ważne, że czasami nie mamy ciepłej wody, że jest pełno komarów. Ważne było to, że razem spędzamy czas. Kilka dni później na kantynie zapoznałam chłopaków, którzy wcześniej nam powiedzieli, że gorzej trafić nie mogliśmy. Okazało się, że przyjechali tydzień wcześniej, ale tak jak my, już się przyzwyczaili. Szybko się zakumplowaliśmy. Zaczęliśmy tworzyć fajna ekipę, która razem może zdziałać wszystko. Co tydzień w soboty lub niedziele graliśmy w nogę. Znaleźliśmy boisko za naszym Bungalow, chłopcy kupili piłkę, więc graliśmy. Ja, jako jedyna dziewczyna z samymi facetami. Śmiesznie było strasznie, walaliśmy się po trawie, wchodziliśmy do strumyka pełnego pokrzyw, żeby odzyskać piłkę, w którymś meczu dostałam w twarz z jednego metra piłką, którą z półobrotu kopnął jakiś facet. Na szczęście nic mi się nie stało, ale bolało nieźle. Ale gola nie było! Praca była prosta, w miarę lekka. Naszym team'em kierował Rodrik, który dostał ksywę Rodrigez. Był sympatyczny, pozwalał nam na wychodzenie do łazienki, czego inni zabraniali, rozmawialiśmy na wszystkie tematy. Zdarzały się sytuacje poważne, gdy przez kolejny tydzień nie dostawaliśmy pieniędzy na konto, ale przeważał te śmieszne i głupie. Gdy wracaliśmy do domu, znów zaczynały się zabawy i wygłupianie. Pamiętam, w którąś sobotę wybraliśmy się w nocy do miasta. Holendrzy dziwnie na nas patrzyli, wiedzieli że jesteśmy Polakami. Ale niektórzy zapewne bali się naszych 8 czy 10 facetów. Więc byliśmy w miarę bezpieczni. Poznaliśmy taksówkarza, który okazał sie być Polakiem. Porozmawiał z nami przez chwilę, ucieszył sie, gdy zobaczył Polaków. Później spotkaliśmy kolejnego rodaka, który zaprosił całą naszą ekipę do baru na piwo. Trochę dziwne, ale jak stawia to czemu nie? Gdy wychodziliśmy, chcieliśmy się go jakoś pozbyć, więc gdy się na chwilę zatrzymał, uciekliśmy mu. Takie akcje się pamięta. Pamiętam też akcję z pralkami, które miały być nam dowiezione w przeciągu paru dni. Niestety, firma nas olała. Musieliśmy prać we frani. Ile tam było czekania, uważania, żeby nie przelać wody, później płukanie, suszenie. To była cała zabawa. Do dziś mam majtki, które mi tam właśnie zafarbowały. W takiej atmosferze radości i śmiechu minęły nam 4 piękne tygodnie. Wtedy to okazało sie, że 6 osób z naszej paczki zostaje przeniesionych do innego miasta. To był jak grom z jasnego nieba! Jak to, mamy tutaj zostawić naszych przyjaciół i wszystkie nasze akcje, żeby zamieszkać w zupełnie innym mieście? Próbowaliśmy to jakoś odkręcić, pozamieniać sie, żeby tylko zostać. Niestety, nie udało się. Przyszedł czas rozstań i pożegnań. Ratowało nas tylko to, że nadal mieliśmy razem pracować. Myśleliśmy, że nasze kolejne lokum będzie jeszcze gorsze niż to obecne. Ale, wbrew naszym przypuszczeniom, okazało się, że będziemy mieszkać w normalnym, jednorodzinnym domku w centrum miasta! Z pełnym wyposażeniem. Z normalnym prysznicem, w którym można nawet nastawić temperaturę wody, z pralką automatyczną. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, gdy tylko się urządziliśmy, wypraliśmy wszystkie ciuchy w porządnej pralce. Jaki to był luksus. Chodziliśmy razem do sklepów, które były dosłownie 400m dalej. Kupowaliśmy 8 lody za 1 euro. Jedyny minus, że nie było w tych sklepach pizz 3 za 3 euro chyba. Jakoś tak. I musieliśmy się żywić kaszami i makaronami. Bardzo nam brakowało tamtych ludzi, tego śmiechu, tańczenia na deszczu w nocy, oglądania horrorów. Tutaj nawet telewizji nie było. Ale za to razem z kierowcą, Mateuszem jeździliśmy po mieście i szukaliśmy Internetu. Siedzieliśmy w busie przez 2 godziny i kradliśmy Internet. Gdy na następny dzień wracaliśmy w to samo miejsce, okazywało się, że połączenia już nie ma. Widocznie ludzie zorientowali się co robimy i zablokowali sieć. I trzeba było szukać innego lokum. I tak co parę dni. Jednak i tutaj powoli zbliżał się koniec mojego pobytu. W przedostatni wieczór kupiłam ze 3 wina Ruby Port (najlepsze! ok 3 euro) i 2 z nich obaliliśmy razem z Anią i Długim. Miało pójść też trzecie, ale tak jakoś wyszło. W końcu nadszedł dzień mojego wyjazdu. Obyło się bez łez i wzruszeń. Chyba jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że muszę zostawić to wszystko, tych ludzi i wrócić do Polski.
Nawet teraz czasami zdarza się, że zaczynam rozmyślać o Holandii, o Zevenaar i Putten, o Maciusiu, Długim, Foksie i innych i dopiero po chwili uświadamiam sobie, że czytam coś o dichromianach...