Tak więc rok 2007 można zaliczyć do przeszłości. Tylko czy zapisać go na prawej stronie jako rok udany, czy na lewej jako rok stracony? Zobaczmy, co przyniósł mi ten rok:
- 3 pomyłki, w tym 2 Wielkie (pisane przez duże W). Jak to się dzieje, że dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę jaki zrobiliśmy błąd? Czy 10 sekund wcześniej nie może zapalić się nam ostrzegawcza lampka "uważaj, będziesz tego żałować!"?? Wina jak zwykle leży po obu stronach, ale gdybym wtedy nie poszła tam, gdzie poszłam, gdybym się jasno wyraziła, nie byłoby tych pomyłek. A więc jednak to moja wina.
- najlepsze wakacje. Bułgaria! 2 tygodnie nicnierobienia, wylegiwania się w słońcu, chodzenie na driny, udawanie głupków, zbieranie muszelek, gonienie za kauczukiem (nie, Czarek:P?), bar wodny, Malibu, kolejki za Odrę, spanie na balkonie, chodzenie spać dobrze po północy, wstawanie o 10, okropne jedzenie - trzeba to przeżyć! Naprawdę, to były najbardziej udane wakacje.
- Mistrzostwa Polski. Srebrny medal i wielka satysfakcja. Tego nie da sie zastąpić niczym innym. Gdy wieszają Ci na szyję medal, to czujesz, że świat należy do Ciebie. Że niemożliwe jest możliwe!
- odejście z Pechu. My huge mistake!! To była najgłupsza rzecz, jaką w tym roku popełniłam. Dlaczego? Bo brakuje mi tych morderczych treningów, tego potu, tego zmęczenia i wyczerpania. Ale potem jest ogromna satysfakcja, że ktoś Cię docenił. Że "Pech znowu zebrał wszystkie (lub prawie wszystkie) nagrody". Nikt nie zastąpi Katarzyny, Roksona, Maćka. Tych głupich pozycji baletowych, tego krzyku na sali, tego powtarzania po raz setny tego samego, tych piruetów, że już nogi bolą, tych brzuszków...nic... Gdy trenowałam, czułam się silniejsza, pewniejsza siebie, umiałam coś więcej, częściej się uśmiechałam. Teraz szukam sobie zajęcia, ale to już nie to...
- kilka tygodni jako kelnerka. Świetna fucha! Żadnych minusów, same plusy: można się pobawić, zjeść jakieś inne ciasto:P A jakby tego było mało, świetnie płacą. Po prostu bosko!
- czasem był taki spadek nastroju, co objawiało się nadmierną wrażliwością i podatnością na histerie. Przyczyna tego była jasna: stara miłość. Ale Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę na to, jaki dałam sobie tytuł bloga: "The future starts today, not tomorrow". I może właśnie to dało mi do myślenia. Doszłam do wniosku, że tego co było, nie ma sensu tak długo ciągnąć. Warto to zakończyć i zacząć ŻYĆ. Dlatego dziś, z tego miejsca pragnę Ci Łukaszu podziękować za to, że zmieniłeś mój stosunek do życia.
- półmetek. W pełni udany! Kurczaku you know:P Wybawiłam się za wszystkie czasy. Jedną z rzeczy, za które kocham liceum to właśnie to, że organizuje tak świetne imprezy. Szkoda tylko, że pójdę już tylko na jeden półmetek, a może i wcale nie pójdę.
To chyba tyle z tych ważniejszych wydarzeń z minionego roku. Inne epizody też były mniej lub bardziej ciekawe, ale one w sposób istotny nie zmieniły mojego życia. Były momenty, że czułam się naprawdę szczęśliwa, jednak nie trwały one wystarczająco długo, by nazwać je inaczej niż chwile. Mam nadzieję, że przyszły rok będzie lepszy.
Czego sobie życzę na nowy rok 2008? Żebym w każdym dniu dostrzegała piękno i cieszyła się z niego. Żebym nie szukała szczęścia na siłę, ale pozwoliła mu znaleźć siebie.
niedziela, 30 grudnia 2007
niedziela, 16 grudnia 2007
Być silnym
Ostatnio bardzo często słyszę "musisz być silna", "musisz to wytrzymać", "po burzy zawszy przychodzi słońce". Ale dla mnie ta burza trwa trochę dłużej niż powinna trwać. Dlaczego niektórzy tak łatwo przechodzą przez tę burzę i nie pozostawia to na nich głębszych śladów? Każde potknięcie jest dla nich tylko zachętą do działania i wzmacnia ich? Dlaczego to JA zawsze muszę być inna?? Czemu upadek mnie nie wzmacnia? Czemu nie powoduje u mnie zaparcia i determinacji do działania? Dlaczego nawet najdrobniejszy upadek powoduje u mnie rozklejenie się i niemoc? Nie spotkało mnie jeszcze nikt ani nic, co by powodowało, że znajdę siłę i chęć do przezwyciężania swoich słabości. A nie! Kiedyś był Ktoś, kto powodował u mnie pozytywne wibracje i to dodawało mi odwagi. Dzięki Niemu czułam, że mogę zmieniać świat. Miałam siłę i co najważniejsze, widziałam w tym sens. Teraz już Go nie ma obok mnie. Teraz nikt nie jest w stanie pomóc mi podnieść się i iść dalej. Wszyscy mówią "co się stało?", "uśmiechnij się!". Ale gdy tylko zaczynam mówić o moim problemie, natychmiast zmieniają temat. Dlaczego? Może nie widzą sensu w pomocy osobie potrzebującej. Może nie chce im się poświęcić paru chwil? Może myślą, że "i tak mi nie pomogą". Gdy tylko zaczyna mi się kręcić łza w oku, od razu mówią "nie płacz". Ale ja chcę płakać! I może jedynym sposobem na pomocy to płaśnie pozwolić mi się wypłakać? Może choć tyle mogą dla mnie zrobić. Teraz wiem, że gdybym kiedyś wypowiedziała kilka słów, moje życie być może potoczyłoby się inaczej. Ale wtedy myślałam, że to będzie oznaka słabości. Dziś już wiem, że to oznaka dojrzałości. Ale jest już ZA późno. Czy kiedykolwiek będę miała szansę to naprawić?
czwartek, 13 grudnia 2007
Życie - tylko czy aż?
Ktoś kiedyś powiedział, że rodzimy się po to, by dawać od siebie wszystko to, co mamy najcenniejsze innym ludziom. Kto inny, że i tak nic z nas po śmierci nie zostanie. Co wybrać? Czy zrezygnować z bycia dla innych i żyć dla siebie? Czy może całkowicie oddać się innym i żyć tak, aby im było łatwiej i aby to oni dostawali wszystko co najlepsze? Na czym polega więc życie? Przecież tak naprawdę po naszej śmierci zostaną tylko wspomnienia, które bardzo łatwo odchodzą w niepamięć. Więc może powinno się pomagać innym ludziom, żeby było im lżej? Ale kto nam pomoże? Czy w dzisiejszych czasach możemy na kogoś liczyć? Tylko my wiemy, co tak naprawdę chcemy robić i osiągnąć i nikt nam w tym nie pomoże, nawet gdyby chciał. Ale przecież łatwiej jest żyć wśród ludzi, przyjaciół. Ale czy oni naprawdę są w stanie nas zrozumieć? Czy oddadzą życie za to, abyśmy to MY byli szczęśliwi? Czy ktoś zrezygnuje ze swojego życia, aby żyć dla innych? Już nieraz się przekonałam, że nie. Na nikogo tak do końca nie można liczyć. Zawsze przychodzi taki moment, że ta osoba w końcu cię zawiedzie. I co wtedy? Żyć dalej. Przecież życie mamy tylko jedno. Wciąż popełniamy ten sam błąd i zawsze mamy nadzieję, że w końcu ta osoba dotrzyma wierności, nie opuści nas, gdy będziemy jej potrzebować. Co zrobić gdy ta osoba cały czas cię okłamuje? Może problem tkwi w tym, że za bardzo myślimy o tym, co się może wydarzyć. Wtedy najczęściej dochodzi do wielu przykrych sytuacji. Wtedy, gdy bardzo liczymy na coś, najczęściej to się od nas oddala. Wtedy, gdy mi nie zależało na czymś, wtedy to się spełniało. Gdy zaś cały czas myślę o tym, wtedy wychodzi zupełnie na odwrót. Dotyczy to każdej czynności; od zwykłej kolacji dla rodziny, przez zdawanie prawa jazdy, a kończąc na utraconej miłości. A mimo to, że wiem, gdzie leży błąd, dalej go popełniam, bo mam nadzieję, że w końcu wszystko ułoży się zgodnie z moimi oczekiwaniami. Do tej pory nic z tych rzeczy się nie spełniło. Dlaczego innym układa się wszystko? Bo oni nie myślą o tym, aby wyszło jak najlepiej, nie przykładają do tego tak dużej wagi, nie ten, to inny, "co ma być to będzie". I dlatego oni są szczęśliwi. Może w końcu nauczę się, że nie należy tak wszystkim się przejmować. Do tej pory nie wybaczyłam sobie, że kiedyś straciłam coś cennego dla mnie, może nawet najcenniejszego, co kiedykolwiek mi się przytrafiło. A wszystko przez co? Znów to samo. Za bardzo wszystko przeżywałam i przejmowałam się wszystkim. Może po prostu jestem za ambitna, by się poddać? Zawszę walczę do końca, choć bywają sytuacje, że mam dosyć. Gdy ktoś mówi mi, że się na niego wydzieram, to nie dlatego, że ich nie lubię. Po prostu chcę, aby wszystko wyszło jak najlepiej. I wracamy do punktu wyjścia. To jest koło, które kiedyś doprowadzi mnie do upadku.
Może więc na tym polega życie? Żeby walczyć i nie poddawać się? Być może sęk tkwi w tym, aby mimo upadku, powstać. I pozostać sobą.
Może więc na tym polega życie? Żeby walczyć i nie poddawać się? Być może sęk tkwi w tym, aby mimo upadku, powstać. I pozostać sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)