niedziela, 20 grudnia 2009

2009

Kolejny koniec. Kolejne zakończenie sezonu. Ale czy naprawdę było tak wiele tych Prawdziwych sezonów? Tych 12 miesięcy pełnych radości i smutku. Pełnych łez, chwil wzruszeń i płaczu ze szczęścia? Nie. Nie było ich zbyt wiele. Było ich mało. Zbyt mało jak na mnie.

A w tym roku działo się. Oj działo. I to całkiem sporo. Jak dotychczas, to w tym roku 2009 wydarzyło się najwięcej rzeczy, który będą miały wpływ na moją przyszłość. Już mają.

Zacznę od najmniej przyjemnej sprawy, a jednocześnie od tej najbardziej tandetnej. Matura. I tyle. Bo jak dla mnie, to był kolejny egzamin, który odhaczyłam sobie na liście. I wcale nie ten najważniejszy, jak wydaje się większości osób. Dlaczego? Bo nawet nie czułam żadnego stresu, żadnego uczucia, które spowodowałoby, że moje serce choć na chwilę mocniej by zabiło. No nie, w sumie na maturze z angielskiego coś tam było. Ale to tyle. Matura nie potrzebuje więcej komentarza.

Holandia. O!! Tutaj to się działo. Ale poza tym, że zgubiłam aparat, 3 razy się przeprowadzałam w ciągu 5 tygodni, uważałam na znaki drogowe i zamarzałam w chłodni na taśmie, to nic wartego uwagi się nie przytrafiło. Ale wspomnienie pewnego zdarzenia pozostanie. Cieszyłabym się, gdyby było wspominać coś miłego, ale życie nie zawsze się do nas uśmiecha. Czasem musi spaść deszcz, żebyśmy docenili to, co mamy. I żebyśmy uważali. Na drodze. Zwłaszcza na prostej i równej drodze.

Trochę kłopotów ze studiami jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda? A mnie wyszło na dobre. I to na bardzo bardzo dobre! Do tej pory plułabym sobie w brodę, gdybym jednak złożyła podanie na pielęgniarstwo. W tym momencie mogę powiedzieć, że jestem na właściwych studiach. I nie żałuję, że nie dostałam się na tą psychologię. Powtarza się sytuacja dokładnie sprzed trzech lat, kiedy to zabrakło mi punkta, żeby dostać się do LO3. I takim oto sposobem znalazłam się w najlepszym liceum w mieście. W województwie. I jak dla mnie, w kraju;p Bo wcale nie chodziło o to, że był zapierdziel, że czasami trzeba było zrezygnować z przyjemności, żeby nie być do tyłu. Chodziło tylko o to, że to w tym liceum poznałam tak niesamowitych ludzi. Przeżyłam tyle miłych i cudownych chwil. Tych gorszych też trochę było, ale gdyby nie one, nie umiałabym docenić tych wspaniałych. eLo2. I z tą myślą znalazłam się na Zdrowiu Publicznym. Plan Życia dla wszystkich jest już dawno ustalony. Jak to dobrze, że nie mija się on tym moim własnym.

Tydzień temu przeszłam szkolenie „Sztuka asertywności”. Miesiąc temu pewien chłopak powiedział, że brak mi tej cechy. Użył trochę innych słów, ale cel był ten sam. Nie byłam asertywna. Czas przeszły użyty specjalnie, ponieważ MAM NADZIEJĘ, od teraz łatwiej mi będzie być osobą asertywną. A to nie znaczy tylko, żeby potrafić odmówić. Jak to nasza prowadząca ładnie powiedziała: Bycie asertywnym oznacza tylko tyle, by po powiedzeniu/zrobieniu czegoś, mieć uczucie, że nie powiedziałeś/zrobiłeś tego wbrew sobie. Że czujesz się dobrze, że możesz się szczerze uśmiechnąć. Jak dla mnie, strzał w dziesiątkę!

Zakończyłam sezon Prison Break. I śmiejcie się, ale mogę śmiało dopisać ten serial do mojej listy bestsellerów filmowych. Sezon 4 – dla mnie Genialny! Takie same emocje przeżywałam, oglądając Szkołę Uczuć, Titanica, Pear Harbor. I chyba tyle. Dla miłości można zrobić wszystko. Absolutnie Wszystko. Tutaj mogę wyjaśnić mój opis: Semper Paratus. Always Ready. Nieważne kto i w jakich okolicznościach to powiedział. Liczy się przesłanie. Bo liczy się to, że trzeba Żyć. Że trzeba codziennie rano wstać, uśmiechnąć się i powiedzieć „to będzie Mój dzień. Mój szczęśliwy dzień!”. Bo w życiu nie ma czasu na powtórki. Nie ma klawisza Replay albo Delete. Żałować można tylko czegoś, czego się nie zrobiło. To też słowa pewnej mądrej osoby.

I codziennie mam przy sobie Misia, który przypomina mi o tym szczęściu. Chociaż nie umiem wyrazić tego słowami.

Na miłe zakończenie. Kilka porad.

1. „Potęga podświadomości” Joseph Murphy. Książka, która ZMIENI Twoje życie. Mnie też wydawało się, że nie można zmienić całego naszego życia, przeczytując jedną książkę. Myliłam się.

No tak, miało być kilka;p

wtorek, 8 grudnia 2009

Way upon the mountain where he died
All I ever wanted was your life
Deep inside the canyon I can't hide
All I ever wanted was your life

it's too much
too much...

niedziela, 25 października 2009

Oderwana cząstka

Przyjechałam. Rozpakowałam zabawki. Mam całe kilka metrów kwadratowych tylko dla siebie. Grunwald na wyciągnięcie ręki. Tramwaj za tramwajem. Kilka ulic i uczelnia.
Jednym słowem Życie Studenta rozpoczęte!
Zupełny brak zajęć i obowiązków. Wracam do mieszkania. Jem, włączam kompa, forum, facebook, mail. Czasem kolejny odcinek na serialeOnline. Bo co więcej można robić? Czy codziennie można imprezować? Chodzić do klubów, bawić się i tańczyć? Jasne że można! Niesamowite, jak szybko można zapomnieć o tym, co się zostawiło w domu. Albo nie. Nie zapomnieć, tylko na chwilę o tym nie myśleć. Odciąć się od problemów, kłopotów i rozterek. Jestem realistką. Ale czy to znaczy, że każdą porażkę mam przeżywać kilka dni, tygodni (miesięcy??). Wyrosłam z tego już dawno temu.
Jeszcze nie tak dawno temu zastanawiałam się, dlaczego tak wiele osób chce wyjechać z rodzinnego miasta, mieszkać samemu, bez rodziców (i obowiązków sprzątania?). Przecież rodzice już dawno nie dają Ci szlabanu, nie nakazują Ci wrócić do domu przed 3 nad ranem. Mama zrobi Ci obiad, upierze, posprząta. Od czego tu uciekać? Albo do czego uciekać? Do Wolności pisanej przez duże W. Do robienia dokładnie tego na co masz ochotę i nierobienia tego, na co ochoty akurat nie masz. Żebyś mógł wybrać co chcesz dziś jeść albo czy w ogóle nie będziesz dziś jadł, bo: (1) nic nie masz w lodówce, (2) nie chce Ci się nic z tego robić. A może pójść po prostu do KFC i na Wielką Dolewkę? Zawsze są jakieś plusy. Możesz chodzić na imprezy, domówki, do klubów i barów, jeżeli tylko starczy Ci środków finansowych. I oczywiście jeżeli głowa i sumienie pozwoli. Bo finanse zawsze się znajdą, głowa zawsze wytrzeźwieje, ale własna moralność? Nie zawsze się znajdzie i nie zawsze wróci do stanu początkowego. Zawsze jakiś ślad może pozostać. Ale co z tego? Po co i dlaczego się tym przejmować? Czy życie nie jest za krótkie na odmawianie sobie wspólnych wypadów, wyjść na bilard czy choćby na meczyk w piłkarzyki. Na chwilę obecną wyrzuty sumienia chowam głęboko do szuflady. W rzeczywistości jak na razie nie mam takowych, ale... Ale co? Nie robię nic złego czy zdrożnego. Jak każdy mamy chwile lepsze i gorsze. Chodzi tylko o to, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski i żeby tych gorszych chwil było jak najmniej. Zawsze będą. Nikt nie jest idealny. Można się tylko zbliżać do perfekcyjności...

sobota, 19 września 2009

To nie jest podsumowanie Wakacji

Dlaczego? Bo te wakacje może i były najdłuższe w moim życiu, ale nie mogę powiedzieć, że były najlepsze. Nie mogę nawet powiedzieć, że były udane. Tylko tyle, że tyle emocji, nerwów i gniewu nie było u mnie nigdy.
1. Nie dostałam się na studia. Ale teraz nawet nie żałuję, bo te obecne są nawet lepsze;
2. 6 tygodni nudy, marznięcia, przeprowadzek i wyprowadzek;
3. hmm...no właśnie. Dzięki Bogu tylko tak to się skończyło;
4. 6 tygodni trzymania się na dystans. Aha, + 2 tygodnie gratis!
5. Marne grosze;
6. 800 PLN. Tyle się płaci za własną głupotę;
7. KOLANA!!!! Zaczynam się bać.
To chyba tyle. Albo aż tyle, bo jak na mnie to trochę za dużo.


"Ból fizyczny ma w sobie to dobrego, że jeśli przekroczy pewną granicę, zabija. Ból psychiczny, kiedy boli nas serce, zabija nas codziennie od nowa, jednak ciągle żyjemy".
niestety, z pewnych względów musiałam usunąć posta poniżej... Niektórym osobom on przeszkadzał.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

czwartek, 28 maja 2009

Nareszcie!

I wreszcie skończyło się! Dobiegł końca kolejny etap w moim życiu. Jak na razie chyba najważniejszy etap. Pamiętam, jeszcze nie tak dawno temu szłam pierwszy raz do liceum. Z ogromną tremą i niepewnością czy ktoś w klasie mnie polubi. Czy nie zostanę tzw. czarną owcą, czy mnie nie wykluczą z grupy. Pamiętam, ze poznałam się z moją przyszłą najlepszą Towarzyszką dzięki naszej wspólnej hmm... "przyjaciółce". Niektóre osoby pamiętam doskonale z pierwszego dnia w szkole. Od razu rzuciły mi się w oczy. A to dzięki dłuuugiej spódnicy, a to dzięki kucykom, a to dzięki pytaniom o zeszyty.
3 lata minęły szybko. Czasami szkoda że aż tak szybko, a czasami cieszę sie, że już mam za sobą te nędzne kartkówki, wiecznie zajęte przez młodych kanapy itd.
Jaką miałam klasę? Oryginalną, inteligentną, wkurzającą, niezgraną, śmieszną, zabawną, irytującą... Po prostu jedyna w swoim rodzaju. To właśnie z nią przeżyłam najlepsze imprezy, zabawy, wakacje, Sylwestry i wiele wiele innych.
Każdego z klasy zapamiętam na pewno. Każdy czymś się zasłużył, każdy zrobił coś dla mnie. Największym Odkryciem Roku, a właściwie całego elo2, jest Look! Nasz kochany Pawełek. Nigdy bym nie przypuszczała, że Look posiada tak niesamowity talent! I że ujawni się on w tak młodym wieku. Tym bardziej, że Pawełek nigdy nie był cholernym egoistą i nie widział tylko czubka swojego nosa. Nigdy nie chwalił się swoimi sukcesami. Należał (należy tak właściwie) do osób najbardziej lubianych w klasie, tych zabawnych, ale nie żałosnych, umiejących się bawić, ale też pracować, co wykazał na jednym ze sprawdzianów pani Tokar;p Look, pamiętam o tej płycie z autografem i będę na nią czekać;p Wierzę w Ciebie! A właściwie wierzymy my wszyscy!
Wiele rzeczy wyniosłam ze szkoły, tych dobrych, tych złych. Tych szczęśliwych i tych żenujących. Czego się nauczyłam? Że trzeba wierzyć w siebie i nigdy się nie poddawać. To takie proste i błahe słowa, ale ja przekonałam się, że są prawdziwe.
I na pewno zapamiętam już do końca życia, że "Kępę trawy" namalował Albrecht
Dürer:D

niedziela, 25 stycznia 2009

najpiękniejsze wakacje

Wiem, że trochę nie w porę chcę spisać moje myśli, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że nie ma dnia, żebym nie myślała choć przez chwilę o moich wakacjach 2008. Zaczęłam sie zastanawiać, dlaczego o tym tak często myślę. Jedyny wniosek jest taki, że pamięta i wspomina się to, co miało dla nas znaczenie i co było (jest) dla nas ważne i wyjątkowe. Wiem, że wcześniej pewnie już pisałam o wakacjach, ale było to tylko wspomnienie, nic dłuższego. Teraz chcę tak od początku do końca opisać moje dwa letnie, piękne miesiące. Tak więc zacznijmy od początku. Już rok wcześniej chciałam wyjechać do pracy, żeby zarobić własne pieniądze i żeby móc później je trwonić na głupoty. Jednak, mój słomiany zapał uniemożliwił mi to przedsięwzięcie. Widocznie nie bardzo się starałam lub może miałam zbyt wysokie wymagania? Zresztą teraz myślę, że dobrze się stało, bo wtedy mój wiek nie pozwoliłby mi zarobić przynajmniej trochę. W tym roku właściwie też dużo nie zarobiłam, bo byłam za młoda, jednak tutaj nie chodzi o kasę. Tak więc w sumie to bardzo łatwo z siostrą znalazłyśmy biuro pośrednictwa pracy, które zagwarantowało nam pracę w Holandii. Nie było tak jak w innych biurach, że "może zadzwonimy dzień przed wyjazdem, ale to nie jest nic pewnego". Tutaj dali nam od razu odpowiedź, że nas zatrudnią. Tak więc pierwsza sprawa pokonana. Więcej trudności jako takich nie było. Do autokaru weszłyśmy jako ostatnie, tak więc cały autokar był już zajęty i pozostały nam pojedyncze miejsca. Gdy większość osób spała, ja przyglądałam się ich twarzom. Byli to ludzie w moim wieku, trochę starsi. Tyle ludzi chce wyjechać na dwa miesiące za granicę? Zostawić wszystko w Polsce i wyjechać? Trochę to było dla mnie dziwne, ale jednak ja zrobiłam to samo, wiec czemu się im dziwię? Dojechaliśmy w miarę szybko, tylko nasz autokar został zatrzymany na granicy i przeszukany przez psy. Trochę strachu było, ale w końcu odjechaliśmy. Na miejscu zaczęto nas rozdzielać do innych miast, tak gdzie mieliśmy mieszkać. Myślałam, ze wszyscy będziemy razem w jednym hotelu (?), domach. Gdy nasz grupa dojechała w końcu na miejsce, myślałam, że to jakiś żart naszych sympatycznych kierowców. Przed nami ukazały się baraki! Później siostra mi powiedziała, że gdy szliśmy do środka, to minęliśmy trzech czy czterech chłopaków, którzy powiedzieli "nie mogliście gorzej trafić". Nie słyszałam tego. Może i lepiej. Nasze "mieszkania" okazały sie klitkami 4x4 m, na 4 osoby. Wyjście było wprost na podwórek, do kuchni, która zresztą okazała sie wspólna na 40 osób, trzeba było iść przez dwór. Byłam kompletnie załamana. Gdzie my trafiliśmy? Podobno jakiś chłopak od razu po przyjeździe, wrócił do domu. Przestraszył się widocznie. Nie pamiętam dokładnie pierwszych dni, byłam w takim szoku, że trudno było mi panować nad sobą. Dużo czasu spędzałam w kuchni, gotując coś, myjąc, sprzątając. Musiałam czymś się zająć. Tam też poznałam naszych sąsiadów przed ścianę jak się okazało. Byli to bliźniacy, Adam i Maciek. Mieszkali drzwi za nami. Zaczęliśmy rozmawiać. Byli bardzo sympatyczni, rozmowni, weseli. Nie przejmowali się za bardzo warunkami. Po prostu byli. Od razu się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Od tej pory trzymaliśmy się już razem. Na szczęście pogoda dopisywała, więc często siadywaliśmy na dworze na fotelach, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. I tak nam mijał czas. Razem szliśmy do sklepów, które były jakieś 3km dalej. Razem kradliśmy Internet pod latarnią. Razem jeździliśmy busami do pracy. W końcu przyzwyczailiśmy sie do naszych warunków. Bo przestało być ważne, że czasami nie mamy ciepłej wody, że jest pełno komarów. Ważne było to, że razem spędzamy czas. Kilka dni później na kantynie zapoznałam chłopaków, którzy wcześniej nam powiedzieli, że gorzej trafić nie mogliśmy. Okazało się, że przyjechali tydzień wcześniej, ale tak jak my, już się przyzwyczaili. Szybko się zakumplowaliśmy. Zaczęliśmy tworzyć fajna ekipę, która razem może zdziałać wszystko. Co tydzień w soboty lub niedziele graliśmy w nogę. Znaleźliśmy boisko za naszym Bungalow, chłopcy kupili piłkę, więc graliśmy. Ja, jako jedyna dziewczyna z samymi facetami. Śmiesznie było strasznie, walaliśmy się po trawie, wchodziliśmy do strumyka pełnego pokrzyw, żeby odzyskać piłkę, w którymś meczu dostałam w twarz z jednego metra piłką, którą z półobrotu kopnął jakiś facet. Na szczęście nic mi się nie stało, ale bolało nieźle. Ale gola nie było! Praca była prosta, w miarę lekka. Naszym team'em kierował Rodrik, który dostał ksywę Rodrigez. Był sympatyczny, pozwalał nam na wychodzenie do łazienki, czego inni zabraniali, rozmawialiśmy na wszystkie tematy. Zdarzały się sytuacje poważne, gdy przez kolejny tydzień nie dostawaliśmy pieniędzy na konto, ale przeważał te śmieszne i głupie. Gdy wracaliśmy do domu, znów zaczynały się zabawy i wygłupianie. Pamiętam, w którąś sobotę wybraliśmy się w nocy do miasta. Holendrzy dziwnie na nas patrzyli, wiedzieli że jesteśmy Polakami. Ale niektórzy zapewne bali się naszych 8 czy 10 facetów. Więc byliśmy w miarę bezpieczni. Poznaliśmy taksówkarza, który okazał sie być Polakiem. Porozmawiał z nami przez chwilę, ucieszył sie, gdy zobaczył Polaków. Później spotkaliśmy kolejnego rodaka, który zaprosił całą naszą ekipę do baru na piwo. Trochę dziwne, ale jak stawia to czemu nie? Gdy wychodziliśmy, chcieliśmy się go jakoś pozbyć, więc gdy się na chwilę zatrzymał, uciekliśmy mu. Takie akcje się pamięta. Pamiętam też akcję z pralkami, które miały być nam dowiezione w przeciągu paru dni. Niestety, firma nas olała. Musieliśmy prać we frani. Ile tam było czekania, uważania, żeby nie przelać wody, później płukanie, suszenie. To była cała zabawa. Do dziś mam majtki, które mi tam właśnie zafarbowały. W takiej atmosferze radości i śmiechu minęły nam 4 piękne tygodnie. Wtedy to okazało sie, że 6 osób z naszej paczki zostaje przeniesionych do innego miasta. To był jak grom z jasnego nieba! Jak to, mamy tutaj zostawić naszych przyjaciół i wszystkie nasze akcje, żeby zamieszkać w zupełnie innym mieście? Próbowaliśmy to jakoś odkręcić, pozamieniać sie, żeby tylko zostać. Niestety, nie udało się. Przyszedł czas rozstań i pożegnań. Ratowało nas tylko to, że nadal mieliśmy razem pracować. Myśleliśmy, że nasze kolejne lokum będzie jeszcze gorsze niż to obecne. Ale, wbrew naszym przypuszczeniom, okazało się, że będziemy mieszkać w normalnym, jednorodzinnym domku w centrum miasta! Z pełnym wyposażeniem. Z normalnym prysznicem, w którym można nawet nastawić temperaturę wody, z pralką automatyczną. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, gdy tylko się urządziliśmy, wypraliśmy wszystkie ciuchy w porządnej pralce. Jaki to był luksus. Chodziliśmy razem do sklepów, które były dosłownie 400m dalej. Kupowaliśmy 8 lody za 1 euro. Jedyny minus, że nie było w tych sklepach pizz 3 za 3 euro chyba. Jakoś tak. I musieliśmy się żywić kaszami i makaronami. Bardzo nam brakowało tamtych ludzi, tego śmiechu, tańczenia na deszczu w nocy, oglądania horrorów. Tutaj nawet telewizji nie było. Ale za to razem z kierowcą, Mateuszem jeździliśmy po mieście i szukaliśmy Internetu. Siedzieliśmy w busie przez 2 godziny i kradliśmy Internet. Gdy na następny dzień wracaliśmy w to samo miejsce, okazywało się, że połączenia już nie ma. Widocznie ludzie zorientowali się co robimy i zablokowali sieć. I trzeba było szukać innego lokum. I tak co parę dni. Jednak i tutaj powoli zbliżał się koniec mojego pobytu. W przedostatni wieczór kupiłam ze 3 wina Ruby Port (najlepsze! ok 3 euro) i 2 z nich obaliliśmy razem z Anią i Długim. Miało pójść też trzecie, ale tak jakoś wyszło. W końcu nadszedł dzień mojego wyjazdu. Obyło się bez łez i wzruszeń. Chyba jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że muszę zostawić to wszystko, tych ludzi i wrócić do Polski.
Nawet teraz czasami zdarza się, że zaczynam rozmyślać o Holandii, o Zevenaar i Putten, o Maciusiu, Długim, Foksie i innych i dopiero po chwili uświadamiam sobie, że czytam coś o dichromianach...