niedziela, 30 grudnia 2007

Tak więc rok 2007 można zaliczyć do przeszłości. Tylko czy zapisać go na prawej stronie jako rok udany, czy na lewej jako rok stracony? Zobaczmy, co przyniósł mi ten rok:
- 3 pomyłki, w tym 2 Wielkie (pisane przez duże W). Jak to się dzieje, że dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę jaki zrobiliśmy błąd? Czy 10 sekund wcześniej nie może zapalić się nam ostrzegawcza lampka "uważaj, będziesz tego żałować!"?? Wina jak zwykle leży po obu stronach, ale gdybym wtedy nie poszła tam, gdzie poszłam, gdybym się jasno wyraziła, nie byłoby tych pomyłek. A więc jednak to moja wina.
- najlepsze wakacje. Bułgaria! 2 tygodnie nicnierobienia, wylegiwania się w słońcu, chodzenie na driny, udawanie głupków, zbieranie muszelek, gonienie za kauczukiem (nie, Czarek:P?), bar wodny, Malibu, kolejki za Odrę, spanie na balkonie, chodzenie spać dobrze po północy, wstawanie o 10, okropne jedzenie - trzeba to przeżyć! Naprawdę, to były najbardziej udane wakacje.
- Mistrzostwa Polski. Srebrny medal i wielka satysfakcja. Tego nie da sie zastąpić niczym innym. Gdy wieszają Ci na szyję medal, to czujesz, że świat należy do Ciebie. Że niemożliwe jest możliwe!
- odejście z Pechu. My huge mistake!! To była najgłupsza rzecz, jaką w tym roku popełniłam. Dlaczego? Bo brakuje mi tych morderczych treningów, tego potu, tego zmęczenia i wyczerpania. Ale potem jest ogromna satysfakcja, że ktoś Cię docenił. Że "Pech znowu zebrał wszystkie (lub prawie wszystkie) nagrody". Nikt nie zastąpi Katarzyny, Roksona, Maćka. Tych głupich pozycji baletowych, tego krzyku na sali, tego powtarzania po raz setny tego samego, tych piruetów, że już nogi bolą, tych brzuszków...nic... Gdy trenowałam, czułam się silniejsza, pewniejsza siebie, umiałam coś więcej, częściej się uśmiechałam. Teraz szukam sobie zajęcia, ale to już nie to...
- kilka tygodni jako kelnerka. Świetna fucha! Żadnych minusów, same plusy: można się pobawić, zjeść jakieś inne ciasto:P A jakby tego było mało, świetnie płacą. Po prostu bosko!
- czasem był taki spadek nastroju, co objawiało się nadmierną wrażliwością i podatnością na histerie. Przyczyna tego była jasna: stara miłość. Ale Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę na to, jaki dałam sobie tytuł bloga: "The future starts today, not tomorrow". I może właśnie to dało mi do myślenia. Doszłam do wniosku, że tego co było, nie ma sensu tak długo ciągnąć. Warto to zakończyć i zacząć ŻYĆ. Dlatego dziś, z tego miejsca pragnę Ci Łukaszu podziękować za to, że zmieniłeś mój stosunek do życia.
- półmetek. W pełni udany! Kurczaku you know:P Wybawiłam się za wszystkie czasy. Jedną z rzeczy, za które kocham liceum to właśnie to, że organizuje tak świetne imprezy. Szkoda tylko, że pójdę już tylko na jeden półmetek, a może i wcale nie pójdę.
To chyba tyle z tych ważniejszych wydarzeń z minionego roku. Inne epizody też były mniej lub bardziej ciekawe, ale one w sposób istotny nie zmieniły mojego życia. Były momenty, że czułam się naprawdę szczęśliwa, jednak nie trwały one wystarczająco długo, by nazwać je inaczej niż chwile. Mam nadzieję, że przyszły rok będzie lepszy.
Czego sobie życzę na nowy rok 2008? Żebym w każdym dniu dostrzegała piękno i cieszyła się z niego. Żebym nie szukała szczęścia na siłę, ale pozwoliła mu znaleźć siebie.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Agniesia jak Ty pięknie piszesz(...)! Szczególnie podoba mi się zakończenie: "Żebym nie szukała szczęścia na siłę, ale pozwoliła mu znaleźć siebie." I wiesz co, to będzie chyba moja maksyma na przyszły rok! :* pozdrawiam :)
ps.Udanej zabawy jutro! :*

Anonimowy pisze...

Spanie na blakonie w Bułgarii ? :D

Ehhh a te osatanie wersy to bardzo sa dobrze ujete :) Tez sobie tego zycze

Anonimowy pisze...

Kociaku, bardzo mi miło, że wakacje z nami były dla ciebie takie udane. według mnie również były super, niezapomniane chwile:) życze ci wszystkiego naj w 2oo8 roku, uśmieszku na buzi i spelnienia marzen. ale i tak pewnie co to jeszcze powtorze, bo przeciez sylwka spedzasz z bulgarskimi wariatami:*:*:*